Uzależnienie to choroba, która wpływa nie tylko na zachowania, ale przede wszystkim na sposób myślenia, reagowania i przeżywania świata. Wymaga leczenia, a jednym z najskuteczniejszych sposobów jest terapia stacjonarna. O tym, co decyduje o powodzeniu terapii, jak działają mechanizmy uzależnienia, jakie są największe zagrożenia po zakończeniu terapii i co powiedzieć osobie, która wciąż waha się, czy terapia ma sens – rozmawiamy z Patrycją Myśliwiec, terapeutką uzależnień w Prywatnym Ośrodku Leczenia Uzależnień Nowy Dzień w Gaju.
– Na początek – co właściwie decyduje o skuteczności terapii uzależnień? Czy istnieje jeden czynnik, który przesądza o powodzeniu leczenia?
– Skuteczność terapii uzależnień nigdy nie zależy od jednego czynnika. To zawsze splot kilku elementów, ale rzeczywiście jest coś, co zdaje się być na początku najważniejsze. To dopuszczenie przez osobę uzależnioną faktu, że nie kontroluje swojego picia, zażywania czy grania. To moment, w którym człowiek zaczyna widzieć, że substancja czy zachowanie wymknęły się spod kontroli, zaczęły dominować w jego życiu i wpływać na wszystkie jego obszary: rodzinę, pracę, zdrowie, sposób myślenia, przeżywania emocji i podejmowania decyzji. Ten pierwszy błysk świadomości – „nie radzę sobie, muszę coś z tym zrobić” – jest kluczowy.
Istotna też jest relacja terapeutyczna, czyli czy pacjent widzi w terapeutach osoby, które są mu gotowe pomóc, które mają odpowiednie umiejętności, kwalifikacje, empatię i jest gotowy zaufać i wejść w taką relację.
Kolejnym bardzo ważnym obszarem jest stosowanie się do zaleceń po terapii. Pacjent wychodzi z ośrodka z konkretnym planem – i to jest plan, którego trzeba trzymać się zero-jedynkowo. Dlaczego? Ponieważ mechanizm iluzji i zaprzeczania często podpowiada: „ja wiem lepiej”, „mi już nic nie grozi”, „trochę mogę odpuścić”. A to są pierwsze kroki w stronę nawrotu. W tej chorobie nie ma miejsca na własne eksperymenty – tu konsekwencja jest warunkiem bezpieczeństwa.
Znaczenie ma również to, czy pacjent równolegle pracuje nad innymi problemami, jeśli takie występują np.: zaburzeniami lękowymi, depresją, PTSD czy poważnymi zaburzeniami osobowościowymi. Uzależnienie bardzo często nie jest jedyną trudnością, a jeśli drugi problem nie jest zaopiekowany, to potrafi „ciągnąć w dół” cały proces zdrowienia.
Ważne jest wsparcie środowiska i ważne jest uczestnictwo w grupach wsparcia, w mitingach, w różnych formach tak zwanych samopomocowych.
I najważniejsze w tym wszystkim – uzależnienie to jedyna choroba, w której proces zdrowienia zależy wyłącznie od osoby chorej. Tu nic samo się nie „zepsuje”, jeśli pacjent czegoś nie popsuje. Czyli będzie robił to, czego nauczył się w terapii. A jeśli przestanie robić – choroba wróci. Świadomość nawrotów, umiejętność ich rozpoznawania i reagowania na wczesne sygnały to również element skutecznej terapii.
– Czy każda osoba uzależniona potrzebuje leczenia stacjonarnego? Kiedy pobyt w ośrodku jest najlepszym rozwiązaniem?
– Nie każda osoba uzależniona musi od razu korzystać z leczenia stacjonarnego. Jeśli uzależnienie jest na wczesnym etapie, jeśli ktoś potrafi utrzymywać dłuższe okresy abstynencji, a epizody picia, brania czy grania są krótkie i przerywane, jeśli ma wsparcie terapeutyczne, stabilne środowisko i choroba nie jest jeszcze zaawansowana – wtedy terapia ambulatoryjna może być dobrym pierwszym krokiem.
Natomiast leczenie stacjonarne jest formą zdecydowanie najbezpieczniejszą. Wynika to z jednego, podstawowego powodu: odizolowania od środowiska, w którym uzależnienie się rozgrywało. Nawet w kochającej, wspierającej rodzinie, nawet przy dzieciach i partnerze – osoba uzależniona wchodziła w zachowania chorobowe. To właśnie tam piła, brała narkotyki, grała, uciekała emocjonalnie. To środowisko, choć pełne troski, staje się polem choroby. Dlatego wyłączenie bodźców, wyzwalaczy i nawyków, które przez lata się kształtowały, jest często niezbędne.
Są sytuacje, w których terapia stacjonarna nie tylko pomaga, ale wręcz chroni życie. To np. sytuacje, gdy pojawiają się dłuższe ciągi, konsekwencje zdrowotne, prawne czy relacyjne, występują myśli rezygnacyjne, stany depresyjne, lękowe czy silne objawy odstawienne.
W takich sytuacjach pobyt w ośrodku stacjonarnym często decyduje o tym, czy terapia w ogóle ma szansę się rozpocząć.
Terapia stacjonarna daje coś, czego trudno doświadczyć „na zewnątrz” – autentyczne poczucie, czym jest trzeźwość. Pacjent widzi innych, którzy są w procesie zdrowienia: tych, którzy trzeźwieją tydzień, miesiąc, rok. To daje ogromną motywację, bo pokazuje, że zmiana jest możliwa i realna.
Codzienność w ośrodku to nie tylko zajęcia terapeutyczne czy spotkania indywidualne. To również życie bez substancji, bez używek, bez możliwości „ucieczki”. Ośrodek jest miejscem, w którym nie ma dostępu do alkoholu, narkotyków czy hazardu — i to dla pacjenta ogromna ulga. Nagle może zobaczyć siebie bez tych zniekształceń.
A jednocześnie w ośrodku ciągle trwa proces uczenia się zdrowych relacji. Ludzie rozmawiają, spędzają wspólnie czas, śmieją się, opowiadają o trudnych momentach, wspierają się. To są pierwsze zalążki odbudowy zdrowej tożsamości – pojawiają się zarówno podczas pracy terapeutycznej, jak i w zwykłych codziennych sytuacjach.
Terapia stacjonarna pozwala pacjentowi skupić się na sobie wreszcie w zdrowy sposób, pozwala zatrzymać chorobę, odciąć się od bodźców i zobaczyć, jak wygląda życie bez substancji czy nałogowej czynności. Dla bardzo wielu osób to pierwszy oddech od wielu lat.
– Dlaczego jedne osoby zdrowieją stosunkowo szybko, a inne wracają do używania? Co terapeuci widzą w praktyce?
– To rzeczywiście zjawisko, które terapeuci uzależnień obserwują na co dzień. Są osoby, którym wystarcza jeden pełny proces terapeutyczny. Kończą terapię, stosują zalecenia, angażują się w dalsze wsparcie i zdrowieją. Ale są też pacjenci, którzy mają bardzo krótkie okresy abstynencji po wyjściu z ośrodka i wracają do czynnego uzależnienia — czasem wracają do ośrodka ponownie, czasem nie. I tak jak w każdej chorobie przewlekłej, nie ma jednego powodu. Zawsze jest to suma czynników.
Duże znaczenie mają czynniki osobowościowe. Wiele osób równolegle zmaga się z innymi trudnościami, takimi jak depresja, zaburzenia lękowe, bardzo niska samoocena, problemy z regulacją emocji, trudności w budowaniu relacji, obawa przed bliskością, czy deficyty w umiejętnościach społecznych. Jeśli te obszary nie są zaopiekowane, uzależnienie ma „gdzie się oprzeć”. Dlatego w terapii uzależnień pracujemy nie tylko nad nałogiem, ale również nad tym, co tę chorobę podtrzymuje.
Drugim bardzo ważnym czynnikiem jest to, czy pacjent stosuje się do zaleceń po terapii. I to nie „trochę” czy „czasem”, ale naprawdę konsekwentnie. Terapia daje narzędzia, ale to pacjent musi ich używać. Część osób ma tendencję do eksperymentowania, wybierania tylko tych zaleceń, które im odpowiadają, lub czekania na efekty zanim zaczną działać.
Nie jesteśmy jednak w stanie powiedzieć z góry, kto „ma szansę”, a kto nie. To mit. Motywacja, wgląd, gotowość do pracy – to wszystko potrafi zmieniać się dynamicznie w trakcie terapii. I właśnie dlatego terapia stacjonarna jest tak skuteczna. W ośrodku widzimy pacjenta 24 godziny na dobę. Możemy szybko zauważyć, gdzie są deficyty, z czym sobie nie radzi, jakie sytuacje uruchamiają trudne emocje. Możemy reagować, możemy to natychmiast omówić i ukierunkować pracę terapeutyczną, tak aby proces był jak najbardziej indywidualny.
Jeżeli osoba uzależniona rzeczywiście stosuje się do zaleceń, pracuje nad sobą, korzysta z narzędzi i wsparcia, a po wyjściu z ośrodka kontynuuje pracę — szanse na trwałe zdrowienie są bardzo duże. To nie jest kwestia „szczęścia”, ale konsekwencji i gotowości do realnej zmiany.
– Jaką rolę odgrywa motywacja pacjenta? Czy pacjent faktycznie musi „chcieć”, aby terapia zadziałała?
– Tak, to prawda – pacjent musi chcieć zacząć zdrowieć. Ale bardzo ważne jest, aby dobrze zrozumieć, co znaczy „chcieć”. To nie zawsze jest pełna gotowość, pełne przekonanie czy pewność, że „już mogę i dam radę”. Na początku to „chcieć” najczęściej oznacza tylko jedno: dopuszczenie do siebie myśli, że mam problem i że potrzebuję pomocy.
Ta wstępna motywacja to często ledwie iskra. Czasem wynika z wyczerpania, czasem z konsekwencji, czasem z troski o relacje. Czasem pacjent mówi: „nie wiem, czy mi się uda, ale wiem, że tak jak jest, nie chcę już żyć”. I to naprawdę wystarczy, żeby zacząć. Reszta może budować się podczas procesu terapeutycznego.
Właśnie dlatego w terapii tak ważne jest to, aby motywacja rosła. Pacjent musi zacząć nie tylko wiedzieć, ale też doświadczać, że zmiana jest możliwa. To często dzieje się przez drobne momenty: kiedy budzi się bez kaca, kiedy czuje spokój po raz pierwszy od dawna, kiedy widzi kolory na drzewach albo śmieje się autentycznie – nie po alkoholu. Te małe sygnały robią ogromną różnicę.
Motywacja jest potrzebna przez cały proces zdrowienia – również po wyjściu z ośrodka. To motywacja pozwala pracować nad schematami, uczyć się regulowania emocji, radzić sobie z trudnymi sytuacjami i robić to, co jest konieczne do utrzymania trzeźwości.
I jest jeszcze jedna ważna rzecz. W pewnym momencie pracy nad sobą każdy pacjent przechodzi z poziomu poznawczego – „rozumiem, że to działa, inni zdrowieją” – na poziom emocjonalnego przeżywania: „ja czuję, że to działa, ja tego realnie doświadczam”. To jest kluczowy moment. Pacjent nie tylko widzi zmianę, ale zaczyna ją czuć. A to jest paliwo dla zdrowienia.
– Jak mechanizmy uzależnienia wpływają na skuteczność terapii?
– Uzależnienie należy do grupy zaburzeń psychicznych, co oznacza, że jest chorobą bezpośrednio związaną z pracą mózgu oraz z procesami poznawczymi i emocjonalnymi. Choroba wpływa na to, jak człowiek postrzega rzeczywistość, jak interpretuje sytuacje, jak przeżywa emocje i jak reaguje na stres. Dlatego nie mówimy tu o problemie zachowania, tylko o zaburzeniu funkcjonowania całego systemu psychicznego.
W uzależnieniu rozwijają się trzy główne mechanizmy, ale dwa z nich są szczególnie istotne w kontekście terapii: mechanizm iluzji i zaprzeczania oraz mechanizm nałogowego regulowania emocji. Mechanizm iluzji i zaprzeczania powoduje, że osoba uzależniona nie widzi w pełni własnego stanu – minimalizuje, porównuje się z innymi, racjonalizuje, usprawiedliwia. To nie jest manipulacja, tylko objaw choroby. Umysł broni osoby uzależnionej przed konfrontacją z rzeczywistością, która jest dla niej zbyt bolesna.
Mechanizm nałogowego regulowania emocji z kolei odpowiada za to, że osoba uzależniona redukuje napięcie, stres, lęk czy smutek za pomocą substancji lub zachowań kompulsywnych. Wiele badań i obserwacji terapeutycznych pokazuje, że właśnie trudność w radzeniu sobie z emocjami często poprzedza rozwój uzależnienia i bywa jednym z jego głównych napędów.
Po zakończeniu terapii te mechanizmy nadal są aktywne – choroba nie znika w ciągu kilku tygodni. I tak naprawdę cały proces zdrowienia polega na „rozbrojeniu” tych mechanizmów. Uczymy pacjenta zauważać, w jakich momentach odzywa się jego zdrowa część, a kiedy aktywuje się część nałogowa. Uczymy go też rozpoznawać sygnały iluzji i zaprzeczeń – te charakterystyczne myśli pod tytułem „mi już nic nie grozi”, „ja kontroluję”, „jedno mi nie zaszkodzi”, „poradzę sobie sam”.
Jeśli chodzi o mechanizm nałogowego regulowania emocji, terapia musi nauczyć pacjenta identyfikowania, przeżywania i regulowania emocji bez substancji i bez zachowań kompulsywnych. To ogromna praca, bo większość osób uzależnionych przez lata nie miała możliwości bezpiecznie przeżyć emocji – wszystko było od razu przykrywane używaniem.
I dlatego tak mocno podkreślamy konieczność stosowania się do zaleceń po terapii w sposób zero-jedynkowy. Mechanizmy są aktywne – czasem nawet bardzo aktywne – w pierwszym okresie zdrowienia. Jeśli ktoś zacznie „kombinować”, wybierać tylko część zaleceń, dopasowywać je po swojemu, wprowadzać własne innowacje, to niestety prawdopodobieństwo nawrotu jest bardzo wysokie. Natomiast jeśli pacjent stosuje się do zaleceń dokładnie, krok po kroku, przestaje walczyć z chorobą na własnych warunkach – wtedy naprawdę zaczyna się zdrowienie.
Wszystkie osoby uzależnione mają problem z emocjami. To nie jest wyjątek — to jest cecha samej choroby. I to właśnie dlatego jednym z najważniejszych elementów terapii jest uczenie się przeżywania emocji, regulowania ich, nazywania, a potem bezpiecznego wyrażania.
– Jak wstyd, lęk i poczucie winy wpływają na proces terapii i co daje terapia grupowa?
– Wstyd, lęk i poczucie winy to absolutnie fundamentalne emocje w uzależnieniu. Można powiedzieć, że są wspólne dla wszystkich osób uzależnionych – niezależnie od tego, czy mówimy o alkoholu, narkotykach, lekach czy hazardzie. Poczucie winy i wstydu pojawia się dlatego, że w czynnym uzależnieniu człowiek wielokrotnie robi rzeczy sprzeczne ze swoimi wartościami. Po takim epizodzie czasem pojawia się myśl: „Jak mogłem to zrobić?”, „Jak ja mogłam się do tego dopuścić?”, „Nigdy więcej”. I to jest mechanizm, który bardzo rani, bo definiuje człowieka jako „złego”.
Właśnie dlatego terapia grupowa ma tak ogromną wartość. Osoba uzależniona przychodzi do ośrodka często z przekonaniem, że jest jedyną osobą, która „do tego stopnia” zawiodła siebie i bliskich. I nagle – w grupie – okazuje się, że wszyscy mają te same emocje. Każdy ma swoją historię wstydu i winy. Każdy przeżywał podobne konflikty, wpadki, kłamstwa, straty. Ta uniwersalność jest dla pacjentów ogromnym odkryciem. Bardzo często po pierwszym tygodniu w grupie ktoś mówi: „Myślałem, że tylko ja tak mam”.
Terapia grupowa daje poczucie bezpieczeństwa. Daje też doświadczenie akceptacji – ktoś opowiada trudną historię, a grupa go nie ocenia. To działa terapeutycznie niemal natychmiast. Jeżeli pacjent słyszy, jak inna osoba mówi o swoim życiu otwarcie i widzi, że jest traktowana z szacunkiem, to łatwiej mu przełamać własne bariery. Uczy się, że mówienie o sobie nie kończy się odrzuceniem, tylko przynosi ulgę.
Lęk w uzależnieniu jest bardzo specyficzny. Pacjenci boją się właściwie wszystkiego: czy poradzą sobie w terapii, czy zostaną zaakceptowani, czy będą oceniani, czy będą w stanie się otworzyć, czy terapeuci „będą grzebać im w głowie”, jak to często słyszymy. Ale kiedy pacjent trafia do ośrodka, bardzo szybko widzi, że te obawy były niepotrzebne. Osoby, które są w terapii trochę dłużej, są raczej życzliwe, wspierające. Nie ma tam oceny ani wywyższania się. To nie jest atmosfera szkoły czy przesłuchania. To atmosfera ludzi, którzy wiedzą, co to jest ból, co to jest wstyd i jak dużo odwagi kosztuje pierwszy krok.
Właśnie dlatego terapia grupowa tak skutecznie zmniejsza wstyd i lęk – pokazuje, że te emocje są naturalną częścią choroby, a nie czymś, co „dyskredytuje” człowieka. Pacjent czuje, że nie jest sam, że to jest uniwersalne doświadczenie.
– Jaką rolę pełni terapia indywidualna w procesie zdrowienia i dla kogo jest szczególnie ważna?
– Terapia indywidualna ma ogromne znaczenie, choć jej rola jest różna w zależności od osoby. Dla wielu pacjentów jest to forma wsparcia, która daje im poczucie bezpieczeństwa na starcie samodzielnego funkcjonowania. Zwłaszcza osoby, które czują duży lęk przed tym, jak poradzą sobie po wyjściu z ośrodka, bardzo korzystają na tym, że mają kogoś, kto ich wysłucha, zauważy najdrobniejsze sygnały zagrożenia, pomoże nazwać emocje i nakieruje, kiedy pojawiają się trudniejsze momenty. To jest takie ciepłe, empatyczne, uważne wsparcie – niezwykle ważne w pierwszych tygodniach i miesiącach trzeźwości.
Ale jest też druga grupa pacjentów, dla których terapia indywidualna jest nie tylko pomocna, ale wręcz konieczna. To osoby z tak zwaną podwójną diagnozą, czyli takie, u których oprócz uzależnienia występują np. depresja, zaburzenia lękowe, zaburzenia osobowości, PTSD i inne skutki traum, doświadczenia przemocy – zarówno osób, które jej doświadczały, jak i tych, które ją stosowały.
W takich przypadkach terapia indywidualna pozwala pracować nad obszarami, których nie da się przepracować wyłącznie w grupie. Uzależnienie to jedno, ale jeśli ktoś niesie za sobą wiele ran emocjonalnych, trudnych doświadczeń z dzieciństwa czy związków, to praca jeden na jeden jest dla niego przestrzenią, w której może bezpiecznie otworzyć skrzynkę, która była zamknięta przez lata.
Relacja terapeutyczna odgrywa tu ogromną rolę. Bardzo często terapeuta jest pierwszą osobą w życiu pacjenta, której on naprawdę ufa. Pierwszą, przed którą może się odsłonić. Pierwszą, której opowiada swoją historię. I pierwszą, której daje przyzwolenie, aby mu pomogła.
Dla wielu osób ta relacja jest szczególnie pomocna. Nie dlatego, że terapeuta „naprawia” pacjenta, ale dlatego, że w tej bezpiecznej przestrzeni człowiek po raz pierwszy w życiu doświadcza, że można powiedzieć prawdę o sobie i zostać przyjętym bez oceny.
– Na czym polega praca w terapii indywidualnej i jakie podejścia terapeutyczne stosujecie w ośrodku?
– Praca z terapeutą indywidualnym to przede wszystkim relacja – człowieka z człowiekiem. Musi pojawić się to przysłowiowe „flow”, czyli poczucie, że między nami jest kontakt, zaufanie, zrozumienie. Można być świetnie wykształconym terapeutą, mieć ogromne doświadczenie i wiedzę, ale jeśli nie nawiążemy relacji z pacjentem, jeśli pacjent nie poczuje się przy mnie bezpiecznie, to cała ta wiedza nie ma wartości.
Jednocześnie to nie jest relacja koleżeńska. To ma być bezpieczna relacja, ale oparta na profesjonalizmie. Terapeuta musi mieć wiedzę i umiejętności, musi rozumieć, co się dzieje z pacjentem i jak mu skutecznie pomóc.
W Ośrodku Nowy Dzień korzystamy z metod, których skuteczność została potwierdzona naukowo. Przede wszystkim pracujemy w nurcie terapii poznawczo-behawioralnej (CBT) – tu uczymy pacjenta rozpoznawać nawyki, myśli i przekonania, które podtrzymują uzależnienie, a następnie zmieniać je na takie, które wspierają zdrowienie. To bardzo praktyczny model pracy, który realnie przekłada się na codzienne funkcjonowanie. Wykorzystujemy też elementy terapii schematów – patrzymy na pacjenta szerzej, uwzględniając jego historię, doświadczenia, zwłaszcza te wczesne i traumatyczne. Sprawdzamy, jak dawne rany emocjonalne wpływają na to, co dzieje się teraz i jak zmienić nieadaptacyjne schematy myślenia i działania. Stosujemy też dialog motywujący, którego celem jest zwiększenie motywacji pacjenta, pomoc w określaniu kierunku zmian i budowanie wewnętrznej gotowości do pracy nad sobą.
Terapia indywidualna to jednak nie tylko konkretne techniki czy modele pracy. To także podążanie za pacjentem – bo pacjent jest ekspertem od swojego życia. Terapeuta ma wiedzę, ale to pacjent ma doświadczenie siebie. Dlatego relacja musi być równa. Ja nie jestem „mądrzejsza” czy „ważniejsza”. Jestem sojusznikiem – kimś, kto wspiera, pomaga dotrzeć do obszarów, które były trudne, bolesne i zaniedbane.
– Jak przygotowujecie pacjentów do powrotu do środowiska i co może stanowić zagrożenie po terapii?
Każdy pacjent w trakcie pobytu w ośrodku uczy się identyfikować zagrożenia, które wynikają z jego konkretnej sytuacji życiowej i środowiskowej. To jest bardzo indywidualna praca. Omawiamy, co może mu zagrażać po powrocie do domu, do pracy, do relacji – i co można zrobić jeszcze podczas terapii, aby to ryzyko zmniejszyć.
Przykład jest bardzo prosty: jeżeli osoba mieszka z rodziną, prosimy bliskich, aby przygotowali dom. Żeby sprawdzili wszystkie schowki, kryjówki, miejsca, w których kiedyś były substancje. Żeby usunęli alkohol, leki, narkotyki, wszystko, co może być wyzwalaczem. To rodzaj „higieny środowiskowej”, która daje pacjentowi poczucie bezpieczeństwa na starcie.
W trakcie terapii identyfikujemy więc wszystkie potencjalne ryzyka i pracujemy z pacjentem nad tym, jak je minimalizować. Nie da się ich wyeliminować całkowicie, ale można znacząco ograniczyć wpływ.
Kluczowe jest coś, o czym mówię bardzo często: stosowanie się do zaleceń. Program „24 godziny”, program HALT, udział w grupach samopomocowych, mityngach AA/NA, kontynuacja terapii indywidualnej – to są elementy, które realnie redukują ryzyko nawrotu. Zwłaszcza w pierwszym okresie, kiedy pacjent jeszcze nie ma stabilnych wewnętrznych korzyści z trzeźwienia, te zalecenia są życiowo ważne.
Co może pójść nie tak po powrocie do domu? Są pewne czynniki, które mogą utrudniać proces zdrowienia. Samotność, środowisko, które nie wspiera, bliscy, którzy nie rozumieją, że terapia podstawowa to dopiero początek, przekonanie rodziny: „byłeś w ośrodku, więc jesteś już zdrowy”, brak akceptacji dla tego, że pacjent nadal musi stosować zasady, strukturę, abstynencję i pracę nad sobą.
Dlatego w naszym ośrodku prowadzimy też konsultacje rodzinne. Rozmawiamy z bliskimi, jeśli wyrażą taką wolę. Tłumaczymy, czym jest uzależnienie, jak wygląda proces zdrowienia, czego pacjent potrzebuje po terapii i jak go mądrze wspierać. Uczymy rodziny, że trzeźwienie wymaga struktury i czasu.
Ogromną rolę odgrywa kontakt z innymi osobami zdrowiejącymi. Mityngi AA/NA, grupy wsparcia, społeczność ludzi, którzy „już tam byli”, są jak lustro. Oni szybko widzą, kiedy coś zaczyna się dziać niepokojącego. Wspierają, mobilizują, dają przykład. Można do nich zadzwonić w kryzysie, porozmawiać, dostać wsparcie natychmiastowe.
– Czy da się przewidzieć, kto będzie zdrowiał skutecznie? Jakich sygnałów szukają terapeuci?
– Podczas terapii absolutnie nie da się przewidzieć, kto będzie zdrowiał, a kto nie. Proces terapeutyczny to nie jest magia, wróżenie ani ocenianie pacjentów pod kątem „rokowania”. Terapeuci nigdy nie myślą w kategoriach: „ty masz szansę, a ty jej nie masz”. W uzależnieniu każdy ma szansę zdrowieć i to jest fakt.
A od czego zależy, czy ktoś tę szansę wykorzysta? Od kilku czynników:
od motywacji, od gotowości, od stosowania się do zaleceń, od uczciwości wobec siebie i innych, od chęci spróbowania życia bez substancji czy zachowań kompulsywnych. To są kluczowe elementy.
Nie jesteśmy w stanie na starcie powiedzieć, kto będzie zdrowiał, ponieważ proces zmiany dzieje się w trakcie terapii. Czasem osoba, która na początku wydaje się bardzo zmotywowana, traci tę motywację przy pierwszych trudnościach. A czasem ktoś wycofany, niepewny, pełen lęku – nagle, zaczyna się otwierać, pracować, rozumieć. Tego nie da się przewidzieć.
Natomiast są pewne sygnały, które wzbudzają nasz niepokój. To nie jest prognoza, tylko informacja, że trzeba na coś zwrócić większą uwagę.
Niepokoi nas na przykład: zaniedbywanie zaleceń,odkładanie spotkań, mityngów, terapii pod byle pretekstem („muszę skosić trawę”, „muszę coś ugotować”, „dziś mnie boli głowa”), nieuczciwość w relacji terapeutycznej,
kłamanie, koloryzowanie, pozowanie na „lepszego” niż się jest, udawanie, że wszystko jest „super” mimo wyraźnych trudności.
Takie sygnały pokazują działanie mechanizmu iluzji i zaprzeczeń, czyli jednej z głównych sił tej choroby. Mechanizm ten polega na tym, że osoba uzależniona zaczyna kreować siebie na kogoś, kim nie jest – ukrywa trudności, zaprzecza emocjom, buduje pozory. A to rodzi duże ryzyko nawrotu.
To nie znaczy, że taka osoba nie może zdrowieć. Może – pod warunkiem, że zacznie być uczciwa wobec siebie, otworzy się na pracę i przestanie walczyć z chorobą na własnych zasadach.
– Jakie błędy najczęściej osłabiają skuteczność terapii po jej zakończeniu?
– Oprócz sytuacji o których już mówiłam, najczęstszym błędem po terapii jest powrót do tego samego środowiska i stylu życia, które wcześniej sprzyjały uzależnieniu. Pacjent często myśli: „To już za mną”, „Mam to przepracowane”, „Ktoś może przy mnie pić, mnie to nie ruszy”. To właśnie mechanizm iluzji i zaprzeczania. W praktyce powrót na imprezy, do tych samych znajomych, do miejsc kojarzonych z piciem, braniem czy graniem bardzo szybko uruchamia stare skojarzenia i automatyczne reakcje.
Drugim poważnym błędem jest brak zmiany czegokolwiek w codziennym życiu. Ktoś deklaruje: „Chcę żyć inaczej”, a jednocześnie robi to samo, pracuje tak samo, spędza czas tak samo, utrzymuje te same relacje, a jedyne, co zmienił, to odstawienie substancji. To za mało — jeśli nie zmieni się stylu życia, to choroba „złapie” człowieka na tych samych słabych punktach, co wcześniej.
Trzecim błędem jest przekonanie, że zalecenia są „opcjonalne”. Brak mityngów, brak grup wsparcia, brak kontaktu z innymi zdrowiejącymi, brak struktury dnia — to wszystko bardzo szybko prowadzi do napięcia, izolacji, a w konsekwencji do nawrotu.
W skrócie: najczęściej nawrót zaczyna się od myślenia „ja wiem lepiej”, a następnie powrotu do tego, co „stare”. A zdrowienie wymaga nowego życia, nie tylko decyzji o niepiciu.
– Na koniec — jaką jedną najważniejszą rzecz powiedziałaby Pani osobie, która zastanawia się, czy terapia ma sens?
– Powiedziałabym: spróbuj. Naprawdę – po prostu spróbuj. Bo życie ma sens. A Ty masz prawo sprawdzić, jak może wyglądać.
Mówię to często pacjentom: jeśli terapia Ci się nie spodoba, jeśli uznasz, że życie na trzeźwo nie jest dla Ciebie, że nic Cię w nim nie cieszy — to przecież nic nie ryzykujesz. Sklepy monopolowe się nie zamkną. Alkohol będzie tam, gdzie był. Internetowe kasyna też nie znikną. Świat „po staremu” będzie dokładnie taki sam, jeśli będziesz chciał do niego wrócić.
Ale zanim tam wrócisz – daj sobie szansę zobaczyć, jak może wyglądać Twoje życie, kiedy jesteś trzeźwy, spokojny i obecny. Bo może potoczyć się zupełnie inaczej niż sobie dziś wyobrażasz.
Kiedyś jedna z osób zdrowiejących powiedziała zdanie, które noszę w sobie do dziś, bo jest absolutnie prawdziwe: „Najgorszy dzień trzeźwości był milion razy lepszy niż najlepszy dzień w czynnym uzależnieniu.” To zdanie jest dla mnie esencją odpowiedzi na pytanie, czy terapia ma sens.
Bo czy życie bez wstydu, bez poczucia winy, bez kaca, bez ciągłego lęku i napięcia ma sens? Czy budzenie się rano bez strachu, spokojniejsze relacje, radość bliskich i świadomość, że nie trzeba już niczego ukrywać mają sens?
Tak. To wszystko ma ogromny sens.
Dlatego mówię: spróbuj. Spróbuj, bo możesz naprawdę zmienić swoje życie.
A jeśli nie spodoba Ci się to, że jesteś spokojniejszy, że jesteś obecny, że Twoja rodzina odetchnie, że nie musisz zaczynać dnia od alkoholu ani podporządkowywać mu całego tygodnia… to droga powrotna zawsze będzie otwarta.
Ale jest duża szansa, że nie będziesz chciał wracać. Bo trzeźwość daje coś, czego uzależnienie nigdy nie da — prawdziwe życie.
Patrycja Myśliwiec, Mgr resocjalizacji, Specjalista psychologii kryzysu i interwencji kryzysowej, Terapeuta uzależnień w Prywatnym Ośrodku Leczenia Uzależnień Nowy Dzień w Gaju
